girl-863686_1280

Czasami płaczę

Są momenty, w których bardzo chciałabym poczuć Boga. Tak namacalnie, bym nie miała wątpliwości, że wkładam palce w Jego rany. Chciałabym poczuć Jego zapach, bym nie miała wątpliwości, że to On. Chciałabym usłyszeć Jego głos i wiedzieć, że to mówi On. Chciałabym zobaczyć trzy Osoby, jak Abraham, by mieć pewność, że widzę właśnie Jego. Chodzę w codzienności i szukam choćby małych znaków, choćby cienia Boga. Gonię za czymś, co znika za rogiem, bo a nuż to był On. Zawieszam wzrok na chmurach, bo może uda mi się dojrzeć w nich Jego twarz. Biegnę, potykam się o nierówności chodnika. Tak bardzo jestem skupiona na szukaniu Jego, że nie mam nawet czasu spojrzeć pod nogi. Czasem zaglądam wtedy do kościoła i orientuję się, że mój wzrok jest utkwiony w krzyżu albo w tabernakulum, a całe moje ciało napina się w niecierpliwości oczekiwania. I czuję zawód. Zawodzi mnie mój wzrok, zawodzi słuch, dotyk, powonienie… Jestem zawiedziona swoją ślepotą.

Czasami płaczę. A w takich sytuacjach płaczę najczęściej. Klęczę albo siedzę na gołej posadzce, mam ochotę krzyczeć do Boga, żeby coś zrobił, by przestał chować się w tym swoim Niebie i pozwolił znów się poczuć. Jak wtedy, gdy świeże nawrócenie uderzało mi do głowy jak wino, jak fascynujące zauroczenie, zakochanie. Niech wrócą te emocje z początków, niech serce tańczy kankana, a w brzuchu niech latają motyle. Jednak zamiast krzyczeć, milczę. Czuję się nieutulona, a po policzkach spływają łzy.

Czasami płaczę też w innych sytuacjach. Na przykład, gdy mam wrażenie, że kolejne szpilki wbijają się w serce (gdy to piszę, sama zadaję sobie pytanie w czyje serce? Moje, Jezusa, Kościoła?). Gdy widzę zło w Kościele, gdy widzę ból w ludziach, dla których tego bólu nie chcę. Widzę, jak bardzo niektórzy ranią siebie nawzajem – świadomie, a czasami nieświadomie. Widzę ludzi, którzy zasługują na samo dobro, samo szczęście. Ludzi, którzy dają innym ogrom dobra i uśmiechu, a w ich życiu panoszy się krzywda, a wraz z nią smutek, ból. Chcę odwrócić wzrok i po prostu odejść. Wyjść, trzasnąć drzwiami i nie wrócić. Wtedy siedzę pod ołtarzem i płaczę. Z bezsilności, z nerwów, nadmiaru odczuć i sprzecznych emocji… Płaczę, bo wcale nie chcę odchodzić. Chcę, by było dobrze. By dało się cofnąć czas i sprawić, że niektóre krzywdy by się nie wydarzyły. Zostaję, bo na drodze od nawrócenia do teraz nauczyłam się, że miłość jest decyzją. Podejmuję decyzję, że z miłości do Niego i do tych wszystkich ludzi, zostanę.

Czasami płaczę też wtedy, gdy uświadamiam sobie, że jestem daleko. Blisko, a jednak daleko. Mam Boga pod nosem, widzę Go, wspominam Jego smak, dotyk… Siedzę w którejś ławce, obserwuję ludzi przyjmujących komunię, a sama nie mogę jej przyjąć. Słyszę Jego głos wyraźnie – głos, który mówi mi chodź, przyjdź do Mnie, Ja cię przytulę, Ja cię uleczę. On zaprasza mnie do konfesjonału, a ja uparcie odmawiam. Bo przecież znów wrócę z tymi samymi grzechami, bo nie mam odwagi, bo nie jestem gotowa, bo… tęsknię, ale to jeszcze nie ten moment. Płaczę, bo okazuję się mistrzynią wymówek. Wciąż nie umiem kochać i cały czas muszę się tego uczyć.

Wtedy zapominam, że zdarzyło mi się płakać po spowiedzi, i to nie jednej, podczas której otrzymałam uzdrowienie. Zapominam, że zdarzyło się płakać z radości, ze wzruszenia, z miłości. Czasami na siłę szukam tych łez, które przyszły ze szczęścia albo ze szczęściem. Choć wiem, gdzie ich szukać, to nie chcę ich znaleźć.

I oto przychodzi taki dzień, gdy siedzę sama w pustym, ciemnym kościele. Tylko małe światełko pali się nad tabernakulum. I uświadamiam sobie, że są w (moim) życiu momenty, gdy wcale nie potrzebuję płakać w szczęściu. Potrzebuję właśnie teraz tego smutku, który w efekcie okazuje się pocieszeniem i umocnieniem. Wcale nie muszą przyjść do mnie trzy Osoby, jak do Abrahama – wystarczy cichy powiew wiatru albo tykanie zegara. I to poczucie, że oto nie opłakuję tego wszystkiego – siebie i innych – sama. Wcale nie muszę obwiniać się, że jeszcze nie jestem gotowa pójść do spowiedzi. Mogę przyjść w każdej chwili, bo Ojciec Miłosierny czeka i wypatruje (nie)cierpliwie. Gotowy jest otworzyć szeroko ramiona, jeśli tylko zechcę w nie wpaść.


O autorce:

Ula Michalik: studiuje zarządzanie i marketing, jest także koordynatorem projektu Wyzwanie i9. Nie potrafi długo usiedzieć w miejscu, uwielbia działać, organizować wydarzenia, a także rozmawiać z ludźmi. W wolnych chwilach spaceruje po plaży i podziwia bezkres morza, czyta książki, pisze wiersze i pije kawę. W życiu duchowym czerpie inspirację od wielu świętych, jest szczególnie związana ze św. Katarzyną ze Sieny.

Udostępnij wpis

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Share on email